Moja Droga,
to list otwarty, gdyż jest przeznaczony nie tylko dla Ciebie. Ale również dla tych, którzy chcą się dowiedzieć co nieco o uzależnieniu od miłości. Najlepiej to pokazać na konkretnym przykładzie. I trzeba to pokazać, gdyż mało osób wie, że takie uzależnienie w ogóle istnieje. Dlatego napisałem ten list i mam nadzieję, że Ty też go zechcesz przeczytać.
Zwłaszcza, że piszę go z okazji zbliżającej się okrągłej rocznicy Twoich urodzin, prawie ćwierćwiecza naszej znajomości. I niemal dziesięciu lat jakie minęły od ostatniej dawki c2h5oh, którą sobie zaaplikowałem. Po tylu latach mogę chyba się już pokusić o jakieś trzeźwe podsumowanie tego co mnie i nam się przytrafiło.
A mnie się przytrafiło coś, o czym zawsze marzyłem, ale nie wierzyłem, że kiedyś coś takiego mnie spotka. Ale zakochałem się wreszcie, pierwszy raz w życiu, będąc już po czterdziestce. W dziewczynie poznanej w internecie, która szukała tam normalnego faceta parę miesięcy swoim ślubie.
Natomiast ja po latach samotności w moim małżeństwie szukałem kogoś, kto by mnie chciał choćby wirtualnie przytulić. Dobrze nam się rozmawiało na czacie a po tygodniu klikania dałaś mi swój numer telefonu i przy pierwszej rozmowie stało się coś, czego nie planowałem. Zakochałem się w Twoim głosie.
Niedługo później zakochałem się w Twoim zapachu, kiedy w nocy przyjechałem do Ciebie, żeby do rana spacerować po starym mieście trzymając się za ręce i całując zachłannie jak małolaty. Chwilę później zakochałem się w całej reszcie i dałem Ci kamyczek w kształcie serduszka znaleziony nad brzegiem jeziora.
Ta reszta była słodka jak najsłodsza czekolada, jednak szybko się okazało, że jest z dodatkiem bardzo ostrej papryczki chili. Bo bardzo lubiłaś postawić na swoim a kiedy się nie udało, trzaskałaś drzwiami i znikłaś zwykle na krótki czas. Można było z tego wyciągnąć wniosek, że kto się lubi ten się czubi. I taki wyciągałem.
Bo wracałaś a ja z tego powodu byłem wniebowzięty i miałem coraz większą pewność, że między nami było coś znacznie więcej niż tylko lubi. Pewnie się nie mylę pisząc tutaj po wielu latach, że było to coś znacznie więcej. Więcej niż można przeczytać w Przygodach Kubusia Puchatka, według którego miłość jest wtedy, kiedy kogoś lubi się za bardzo.
Jednak myślę, że raczej było jak w Małym Księciu, gdzie dla całego świata byliśmy nikim, ale dla siebie staliśmy się całym światem. Ty nim byłaś dla mnie na pewno. I jesteś do dziś, chociaż od ostatniego pocałunku minęło ponad dwanaście lat. I dziesięć lat od tego jak mi krótko przed terapią napisałaś w mailu, że to była piękna miłość.
Była, czyli informowałaś mnie, że z Twojej strony się skończyła. Ale w to nie uwierzyłem, gdyż byłem nadal w Tobie zakochany, mimo że od dwóch lat byliśmy już białym małżeństwem. Niestety, dopiero wtedy zacząłem myśleć o terapii mojego uzależnienia. Bo jak każda osoba uzależniona zacząłem myśleć o niej ostatni i jak zwykle za późno.
Potrzebowałem jej bardzo, gdyż cierpiałem już wtedy nie tyle z powodu uzależnienia, ale z powodu głębokiej depresji uzależnieniowej. Upijałem się bowiem tylko po to, żeby doświadczyć przyjemności zapomnienia o emocjonalnym koszmarze, w którym wtedy żyłem. Bo nie umiałem się cieszyć nawet wtedy, kiedy był powód do radości.
Nawet z tego, że urodził nam się syn. Oraz z tego, że przeprowadziliśmy się do innego państwa i mieliśmy szansę na nowe życie bez nieprzyjemnych zdarzeń, których z powodu mojej pracy oboje doświadczaliśmy. Wywoływały one lawinę nieprzyjemnych uczuć, których doświadczyłaś boleśniej niż ja, bo na trzeźwo. Ale te uczucia niestety pojechały tam z nami.
Bo nie można od nich nigdzie uciec, o czym jak wszystkie osoby uzależnione wtedy jeszcze nie wiedziałem. Ale wiedziałem, że jest ze mną źle. Bo zaczęły zdarzać się rzeczy dziś dla mnie niewyobrażalne. Na czele z pozostawieniem naszego syna w sklepie po zakupach i zauważenie tego faktu dopiero po powrocie do domu.
Ale właśnie to straszne zdarzenie, które wstrząsnęło mną chyba mocniej niż robi to defibrylator, uratowało mi życie. Bo zdecydowałem się na zamkniętą terapię. Mimo, że musiałem z tego powodu zostawić Cię samą z synem na ponad cztery miesiące. I zrobiłem to, mimo że wtedy nie wierzyłem wcale, że uda mi się uwolnić od mojego uzależnienia.
Ale na terapii szybko zrozumiałem, że mam problem z moimi uczuciami a nie z alkoholem. I zacząłem wierzyć w to, że może mi się udać, gdyż to były moje uczucia i ich stan zależy ode mnie. Wierzyłem też, że zdołam jeszcze naprawić to co między nami popsułem. Napisałem o tym do Ciebie list, ale odpisałaś mi, że nie chcesz bym wracał. Bo nie jestem przyszłościowy.
Ponadto było w nim tyle bolesnej prawdy o mnie, że na pewno nikt takiego listu nie chciałby otrzymać. W dodatku nie było w nim ani jednego ciepłego słowa, tylko lawina pretensji. Zabolało, gdyż raczej nie kochałaś mnie prze tyle lat za bycie tylko potworem, którego opisałaś w tym liście. Ale dziś wiem, że nie należało spodziewać się niczego innego.
Bo nasi najbliżsi, z czasu uzależnienia najlepiej pamiętają tylko to, co uzależnieni woleliby żeby się nigdy nie wydarzyło. Ale mimo to przyjechałaś do mnie na terapię z naszym synem, choć musiałaś pokonać ponad tysiąc kilometrów w jedną stronę. Dlatego uznałem, że mamy jeszcze szanse odbudować nasze relacje.
Ale to nie był najważniejszy powód mojego powrotu po terapii do Ciebie i naszego syna. Myślę, że wtedy dopiero naprawdę zacząłem Cię darzyć prawdziwą miłością. Bo po Twojej wizycie na terapii zacząłem bardzo tęsknić za Tobą. I nie umiałem sobie z tym uczuciem poradzić, gdyż pierwszy raz w życiu czegoś takiego doświadczyłem.
Z całą pewnością zacząłem odczuwać ją za sprawą już prawie trzymiesięcznej abstynencji. Ale najwięcej zawdzięczam dwóm terapeutom i jednemu neoficie, którzy pomogli mi zrobić porządek w moich uczuciach. A było co sprzątać, gdyż nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek wcześniej robił w nich porządek.
Dlatego były one w takim samym stanie jak pół wieku niesprzątane mieszkanie, którego nigdy nie wietrzono i nigdy nie były z niego wyrzucane śmieci. Ale dzięki wyrzuceniu sterty nieprzyjemnych uczuć zacząłem wreszcie czuć, że Cię kocham. Mogłem też wreszcie dostrzec w sobie to, co było we mnie dobre.
Ale na to żebyś i Ty chciała to dostrzec było już za późno. Wprawdzie po powrocie pozwoliłaś mi jeszcze z Tobą zamieszkać, ale myślę że zrobiłaś to dla naszego syna. Było nawet dość miło i pomogłaś mi w paru życiowych sprawach. Ale nie chciałaś ze mną rozmawiać o przyszłości, więc czułem przez skórę, że wydarzy się coś dla mnie bardzo nieprzyjemnego.
I wydarzyło się, gdyż przyniosłaś do podpisania papiery rozwodowe. Nie chciałem Ci przeszkadzać w ułożeniu sobie życia z kimś innym więc je podpisałem. Tego dnia moja miłość do Ciebie przestała być największą przyjemnością w moim życiu i stała się uzależnieniem najcięższym z możliwych.
Kochać Cię kochałem, niestety z każdym dniem trzeźwienia coraz bardziej, ale moje życie stawało się przez to coraz większym koszmarem. Musiałem bowiem wrócić skąd wyjechaliśmy. Wiedziałem, że czekało tam na mnie wiele wyzwalaczy głodu alkoholowego, które mogły spowodować powrót do dawnego uzależnienia.
Ale pozostając blisko Ciebie raczej prędzej niż później zacząłbym pić i pewnie aktywnie przeszkadzać Ci w ułożeniu życia. Bo wtedy jeszcze nie potrafiłem pogodzić się z faktem, że Cię straciłem. Wywoływało to we mnie lawinę nieprzyjemnych uczuć, z potwornie destrukcyjnym uczuciem niepowetowanej straty na czele.
Dołączyły do niego jeszcze bardziej nieprzyjemne uczucie pustki, poczucie winy, odrzucenia i beznadziejności. Oraz sprawiające mi fizycznie odczuwany ból, samotność i tęsknota. Do tego dochodziły wyzwalacze głodu nowego uzależnienia. A był nim i jest nadal każdy kontakt z Tobą, nawet telefoniczny. Nie mówiąc już o osobistym.
Każdy z nich wyprowadzał mnie z równowagi czasem na kilkadziesiąt godzin. Dlatego prosiłem Cię, aby je ograniczyć nasze rozmowy do absolutnie niezbędnego minimum, przez co od dawna głównie ze sobą esemesujemy. Ale najsilniejszym wyzwalaczem był i cały czas jest każdy przyjazd do mnie naszego syna.
Cieszyłem się z jego przyjazdu, ale wywoływał on u mnie długotrwały stres, który zaczynał się w dniu zakupu biletów a kończył się dopiero kilka dni po jego wyjeździe. Był to niestety skumulowany stres, gdyż na czas jego pobytu zawsze zawieszałem moją działalność w Break Free. Przez co mój bilans przyjemności natychmiast stawał się jeszcze bardziej ujemny.
Bo odkąd się rozstaliśmy, ta działalność była jedynym żywicielem mojego wygłodniałego ego i trochę poprawiała moją kiepską samoocenę oraz niezbyt dobre samopoczucie. Bardzo długo potężnym źródłem stresu było też miejsce, w którym z braku innych możliwości cały czas mieszkam.
Na początku każdy kąt kojarzył mi się z Tobą i stanowił tak potężną dawkę nieprzyjemnych emocji, że kilka razy byłem bardzo blisko sięgnięcia po moją dawną przyjemność zastępczą. Ale z czasem udało mi się napełnić to miejsce nowymi prawdziwymi przyjemnościami, co pozwoliło mi wreszcie w miarę spokojnie z niego korzystać.
Te prawdziwe przyjemności pozyskiwałem i nadal pozyskuję dzięki pomocy innym w uwalnianiu się od uzależnienia lub depresji. To wielka dawka przyjemności, ale mimo to ledwie kilka razy była wystarczająco duża, żeby mój bilans przyjemności stał się dodatni. Głównie dlatego, że rozległa rana po utracie drugiej połówki, którą dla mnie nadal jesteś, wcale nie ma zamiaru się zagoić.
I mimo upływu czasu powoduje coraz większy ból oraz lawinę nieprzyjemnych uczuć i emocji. Najgorsze są noce, w których budzi mnie wyzwalacz głodu uzależnienia w postaci snu z Twoim udziałem i zapachem. Czuję go nawet kilkanaście sekund po przebudzeniu. Zasnąć po tym nie sposób i myśleć o czymś innym też się nie da.
Trudne są też noce, w których budzi mnie nie wiem co i mimo zmęczenia całym dniem pracy do sygnału budzika nie mogę zasnąć. Leżąc w ciemności mojego lokum czuję się jak ktoś skazany na niebo bez gwiazd i wieczną samotność w czarnej dziurze, z której nigdy nie zdołam się wydostać.
Po takich nocach ciężko wstać i pójść do pracy, więc zazwyczaj robię sobie wolne. Na szczęście mogę, choć bardzo źle to wpływa na stan mojego portfela. Ale jeszcze gorszy wpływ ma to na moją kondycję psychiczną. Bo takich nocy mam czasem kilka w miesiącu, przez co jestem ciągle niewyspany i zmęczony.
Co z pozostałymi nieprzyjemnymi uczuciami złożyło się na długotrwały ośmioletni, bardzo skumulowany stres. Dlatego ze wszystkich sił starałem się uwolnić od tego uzależnienia. Niestety terapeuci Stowarzyszenia uznali mnie za beznadziejny przypadek a ja mimo starań nie znalazłem zewnętrznego terapeuty, który umiałby mi pomóc.
Ani terapii zamkniętej, co akurat mnie nie zdziwiło. Jest to bowiem uzależnienie wewnętrzne i izolacja chorego, jak to się robi w przypadku uzależnienia zewnętrznego takiego jak od alkoholu czy narkotyków, nie ma żadnego sensu. Bo chory zabierze ze sobą przyjemność z przeżywania miłości wszędzie tam gdzie pójdzie.
Dlatego dziś mogę śmiało powiedzieć, że uwolnienie się od przyjemności zastępczej w postaci c2h5oh było wręcz dziecinnie łatwe. Bo w porównaniu z uzależnieniem od miłości, które od paru lat demoluje moje życie, uwolniłem się od alkoholu bez większego problemu. Łatwo znalazłem zamkniętą terapię, dobrych terapeutów i odbyło się bez długotrwałych zmagań z głodem uzależnienia.
Ponadto depresja uzależnieniowa nie dopadła mnie wtedy tak szybko jak ta teraz. Spodziewałem się jej, gdyż przyjemności z kochania Ciebie odczuwałem wiele. Jednak z coraz większą trudnością przebijały się one przez stale rosnącą barykadę bardzo nieprzyjemnych uczuć i emocji, które były jej skutkiem ubocznym.
Nie znalazłem też żadnej innej przyjemności zastępczej, która mogłaby poprawić moje bardzo kiepskie samopoczucie. A prawdziwą przyjemność, choćby w postaci dobrego słowa, które mogłoby zmienić mój bilans przyjemności na dodatni miałaś w ręku Ty. Ale nie mogłem liczyć, że ją od Ciebie dostanę.
Dlatego depresja, powolutku jak cicha woda, kropelka po kropelce, dzień po dniu, zabierała mi wszystko co sprawiało przyjemność. Z przyjemnością z pomagania innym na czele. To powolny proces przez co trudno było samemu zauważyć początek i rozwój depresji. I go nie zauważyłem, mimo że miałem już raz z nią do czynienia.
Ale zauważyli ją ci, którym pomagałem uwolnić się od ich uzależnienia. Nie musiałem też długo czekać na pomoc, gdyż otrzymałem ją natychmiast. Najważniejsze jest jednak to, że pomogli mi znaleźć przyczynę tego, że tak boleśnie doświadczyłem jej kolejnego nawrotu. Bo wskazali mi największą prawdziwą przyjemność, która zniknęła z mojego życia.
A było nią uruchomienie potencjału metody Break Free w skali adekwatnej do potrzeb, którą wspólnie z tak wielkim trudem opracowaliśmy. Zaniechaliśmy ostatnio realizacji tego projektu przez moje skumulowane zmęczenie spowodowane skutkami ubocznymi obecnego uzależnienia, pracą zarobkową, działalność w Break Free oraz coraz większymi problemami ze zdrowiem mojego ciała.
Dziś jednak, choć nie w takiej formie jak to planowaliśmy, Projekt Break Free już rusza w postaci tego bloga. I niedługo będzie pomagał wszystkim uniknąć każdego uzależnienia i depresji, uwolnić się od nich i tę wolność trwale utrzymać. A skupimy się w nim na najtrudniejszych do leczenia i coraz częściej spotykanych uzależnieniach wewnętrznych.
Takich jak to od miłości, ego, pracy, władzy, seksu, hazardu czy przemocy. Myślę, że dzięki temu uda mi się wyjść przynajmniej z depresji. A później być może również z uzależnienia, chociaż nie bardzo w to wierzę. Ale wierzę, że blog zapewnić mi taką dawkę prawdziwych przyjemności, że mój bilans przyjemności będzie częściej na plusie niż dziś.
W zasadzie to już się dzieje, gdyż przygotowując się do napisania tego listu, przeczytałem sporą część naszej esemesowej korespondencji. Stosunkowo niedawno napisałaś, że nikt Ci nie sprawił tak wielkiego zawodu jak ja. Wtedy temu nie zaprzeczyłem i dziś też nie zaprzeczę, gdyż na pewno taki zawód Ci sprawiłem.
Ale dziś już wiem, że nie mogło być inaczej, gdyż bardzo możliwe, że dałem Ci więcej niż inni. Dlatego oczekiwałaś ode mnie najwięcej, stąd i zawód był największy. Ale niestety terapię podjąłem zbyt późno. Przez co tak mocno jak Ciebie, zawiodłem jeszcze co najmniej dwie osoby. Naszego syna i rzecz jasna na całej linii zawiodłem samego siebie.
Dziś jeszcze wiem to, że również Ty zawiodłaś mocno mnie. Myślałem bowiem, choć być może było to naiwne i życzeniowe myślenie, że będziesz mnie kochać zawsze. I nie porzucisz mnie zwłaszcza wtedy, kiedy zechciałem się wreszcie uwolnić się od alkoholu. Ale niestety tak się nie stało. Choć moi terapeuci, którzy znają nasze relacje uważają, że może być inaczej.
Mają bowiem bardzo poważne powody myśleć, że nie przestałaś mnie kochać i masz problem podobny do mojego. Tylko w przeciwieństwie do mnie go ukrywasz i się go wypierasz. Ale ja wolę myśleć, że się mylą i jest Ci lepiej beze mnie. Gdyż jeszcze trudniej było by mi żyć wiedząc, że znów przeze mnie cierpisz. I oboje marnujemy teraz czas na bycie osobno.
Dlatego wolę myśleć że masz kogoś, kto pójdzie z Tobą na spacer, trzymając Cię za rękę. Przytuli kiedy jest Ci smutno i będzie z Tobą wiosną sadził kwiatki. Bo dobrze wiem jak to boli, kiedy nie masz kogoś takiego i nie masz na kogoś takiego żadnych szans. Kogoś, kto nie może się doczekać tego kiedy wstanie nowy dzień, żeby móc spędzić go ze mną.
Na koniec powiem Ci jeszcze to, że kochać Cię to była i jest nadal największa przyjemność w moim życiu. Bo jest to miłość piękna jak okręt pod pełnymi żaglami, jak konie w galopie, jak niebo nad nami. I taka jest dla mnie też odkąd jej nie odwzajemniasz. Mimo, że przez nią doświadczyłem wielu nieprzyjemnych uczuć i mam za sobą dużo nieprzespanych nocy.
Ale dzięki temu o bezwarunkowej miłości wiem chyba wszystko. Pewnie dlatego zdołałem pokochać nawet tego potwora jakim byłem w Twoim liście. Dlatego tej miłości do siebie będziemy uczyć wszystkich, którzy zechcą zajrzeć do tego bloga. Bo dziś wiemy, że miłość do siebie może uchronić nawet przed uzależnieniem i depresją, kiedy nikt inny cię nie kocha.
Pomożemy też wszystkim uwolnić się od nich i tę wolność trwale utrzymać. Długo nad tym pracowaliśmy i chciałbym, żeby ten blog wreszcie ruszył. I tak sobie pomyślałem, że byłoby mi łatwiej pracować nad jego wdrożeniem i rozwojem, gdybym go zadedykował Tobie. Jeśli się zgodzisz rzecz jasna. Proszę o to, gdyż bez Ciebie nic mi się nie udaje.
Nikt nie potrafi odpowiedzieć czy to mi pomoże. Możliwe że tak, ale pewności nie mam. Dlatego jeśli się nie zgodzisz, zrozumiem. Nie zgodziłaś się, gdyż pewnie nadal nie jestem przyjemnością w Twoim życiu. Uszanuję to. I dlatego w dniu Twoich urodzin chciałbym Cię jeszcze raz przeprosić za wszystkie nieprzyjemności, które Ci sprawiłem i sprawiam nadal. Ale mimo to, zawsze będę trzymać kciuki za to, żeby w Twoim życiu było tak pięknie, jak czasem piękne potrafi być niebo nad nami. Jaś123
Odpowiedź byłej żony Jasia123
Dzień dobry. Bardzo dziękuję za życzenia.
Myślę, że powinieneś zadedykować ten blog przede wszystkim sobie. To Ty wykonałeś ogromną pracę, żeby wytrzeźwieć i zmienić swoje życie, i to jest Twoja historia. Ja należę do jej przeszłości i nie chcę być cieniem, który nadal się nad nią unosi. Jeśli naprawdę żyjesz nowym życiem, pozwól również mnie odejść ze starego.
Odpowiedź Jasia123
Dziękuję za odpowiedź.
Zastosuje się do Twojego „nie”, chociaż przez to nadal będziesz tym cieniem, którym nie chcesz być.
Ale rozumiem Cię, bo to wynika z bardzo powszechnego, ale niestety błędnego pojmowania nowego życia. Bo w powszechnym rozumieniu jest to takie literackie kłamstwo, w które wszyscy bardzo chcemy wierzyć. Ale tak naprawdę nie ma czegoś takiego jak nowe życie.
Jest tylko moje życie, w którym od któregoś momentu zostawiam sobie w nim wszystko to, co może jeszcze sprawić mi przyjemność i rozstaję się z tym co przyjemne w nim na pewno nie będzie.
I to dzięki takiemu pojmowaniu nowego życia od prawie dziesięciu lat nie sięgnąłem po alkohol, choć warunków do tego nie miałem i nie mam wcale. Ale przetrwałem, bo zostawiłem sobie w moim życiu to, co mogło mi jeszcze sprawić przyjemność, choć niektóre sprawiały też ból. Dzięki temu mój bilans przyjemności bywał czasami na małym plusie i dla tych chwil chciało mi się jeszcze żyć.
Ale ja to ja a Ty to jesteś Ty. I jak widać jestem w Twoim nowym życiu tym co przyjemne nie jest i nawet nie chcesz by było.
Uszanuję to, choć pewnie nadal nie będę potrafił tego zaakceptować. Wymazałem już moją prośbę na stronie głównej bloga i zmieniłem ostatni werset tekstu A0006.
Miłego dnia Ci życzę . Baw się dobrze w dniu Twoich urodzin.. 

